Я из СССР. Jestem z ZSRR.

Rozmowa z A. O., lektorką języka rosyjskiego z Torunia, która urodziła się w ZSRR, wychowała na Litwie, a dojrzała w Polsce. O młodości z komunizmem w tle, przemianach politycznych w oczach dziecka, różnicach pomiędzy sąsiednimi kulturami oraz poszukiwaniu siebie samego w narodowościowej mieszaninie.

 

Jak określisz swoją narodowość?

Mam pochodzenie polsko-litewsko-białorusko-niemiecko-tatarskie. Moja matka jest w połowie Polką, a w połowie Białorusinką, ojciec w połowie Polakiem, w połowie Litwinem. Czasem mówię, że urodziłam się na Litwie, ale to tylko moje obywatelstwo. Ja urodziłam się w Związku, w CCCP (czyt. Sesese-er – pol. ZSRR). CCCP to nie państwo, to mentalność, która pozostaje. Wszyscy jesteśmy z CCCP. Ja ci coś pokaże (Ana odpina but, zsuwa skarpetę i pokazuje mi tatuaż na kostce – małe czarne literki „CCCP” oraz czerwony młot i sierp). 

Tego się nie spodziewałam!

To jest mentalność, to jest we mnie. Nie chodzi o to, że tęsknię za Związkiem, nie uważam, że był dobry. Człowiek z CCCP to po prostu ktoś taki jak ja. Nie mogę powiedzieć, że jestem Polką, nie mogę powiedzieć, że jestem Litwinką. Nigdy nie popierałam socjalizmu, chorej idei równości, ale jestem z tym wszystkim niesamowicie związana.

Rozumiem więc, że z uśmiechem na twarzy wspominasz dzieciństwo w Związku.

Przecież czas dzieciństwa zawsze wspomina się pozytywnie. Niezależnie od tego, jaki w rzeczywistości był. A wiem, że było źle. Pamiętam czas, kiedy chodziły ruble. Pamiętam czas, kiedy w ogóle nie było żadnych walut, kiedy rubel wyszedł z użycia, a lita jeszcze nie było.

Wtedy ludzie wymieniali się produktami. Najbardziej utkwił mi w pamięci chleb z Białorusi. 

Chleb?

Mieszkałam niecałe trzy kilometry od granicy, która w praktyce nie istniała. Z powodu inflacji pieczywo stało się tak drogie, że moim rodzicom opłacało się jechać do innego kraju, pakować ile tylko się da i przywozić chleb na Litwę. Zazwyczaj karmiliśmy nim po prostu świnie. Pamiętam też, jak przychodzili do nas krewni z Białorusi. Nawet w porównaniu do tego, co było u nas, u nich było tragicznie. Na Litwie wszystko odrodziło się inaczej. Chodzi mi o rozpad. To był „kosmos”. Nikt nie wierzył w to, że mogą pojawić się mniejszości narodowe, może dlatego że wcześniej o tym nie słyszeliśmy. Polska, rosyjska, litewska… Litewska! Na Litwie powstali Litwini, to było coś naprawdę szokującego, ale dla mnie w pozytywny sposób. Tam gdzie mieszkałam, wszyscy byli pomieszani. Tak naprawdę nie wiedzieliśmy, kim jesteśmy. A tu nagle obok nas powstaje naród. Zaczynają powstawać szkoły litewskie na najbardziej zrusyfikowanym terenie, w tym samym czasie rosyjskie szkoły zaczynają się zamykać. Nie wiedzieliśmy jak funkcjonować! Przecież nikt nie znał języka. Dopiero teraz, tak od trzech, może czterech lat, ten kraj zaczyna normalnie funkcjonować. 

Jak wygląda życie młodego człowieka w ZSRR?

Młody człowiek w Związku jest skrajnie inny od młodego człowieka z zachodu. System stara się pozbawić go tożsamości od urodzenia, żeby łatwiej było go zmieścić w schematy, pozbawić kolorów, najlepiej umundurować, a w przypadku dzieciaków „umundurkować” (śmiech). I właśnie wszystkie moje koleżanki ze szkoły były takie „mundurkowate”, właściwie są takie do teraz. Socjalizm jest zabójczy dla młodzieży, niszczy w nich chęć poszukiwania siebie, ostatecznie nikt nie chce się wyłamywać. To społeczeństwo nastawione na zysk. No i jeszcze ta pasywność! Wszystko co jest, jest od rządu, przez co ludzie tracą na samodzielności, nie dają nic od siebie. Tylko chodzą do pracy i biorą. Nie podejmują wyzwań. Tak jest do dzisiaj we współczesnej Rosji, dlatego jej mieszkańcy nie są świadomi propagandy, jaka tam się szerzy. Są trochę ograniczeni. Po co mają doszukiwać się prawdy? Po co mają się wychylać, skoro czują się tak związani ze społeczeństwem, do którego należą? Tym krajem od wieków rządzono silną ręką, to naród przyzwyczajony do podążania za przywódcą. Oni nie pragną takiej wolności jak Francuzi czy wy, Polacy. Wydaje mi się, że właśnie dlatego nikomu nie przeszkadza dzisiejszy „putinizm”.

Naprawdę myślisz, że nikomu?

Być może jest jakiś margines intelektualistów, ale oni raczej nie mówią głośno o swoich przekonaniach. W Rosji ludzie potrafią milczeć, podobnie było w CCCP. Myślę jednak, że dzięki mniejszością narodowym na Litwie, prawda czasem do nas docierała.

Często wracasz na Litwę?

Uwielbiam Litwę, ale mam problemy ze swoją rodziną, więc rzadko przyjeżdżam. Mimo wszystko, zawsze gdy tam jestem, cieszę się, że widzę to odrodzenie, widzę Litwę, która miała szansę powstać po siedemnastym roku. Jednak irytuje mnie, nawet bardzo, że w dzisiejszych czasach niszczone są pomniki radzieckie. Myślę, że to ogromna część historii i nie powinno dochodzić do takich czynów. Nie traktujmy tego okresu jak czegoś, co nigdy nie miało miejsca. Podejdźmy do tego z wyrozumieniem. Litwini jednak mają z problem z tolerancją. Podobna sytuacja istnieje w związku mniejszościami rosyjskimi i polskimi na ich terenie. Powstają sztuczne miasta, między innymi Visaginas (pol. Wisaginia), odizolowane od Litwinów, gdzie ich odsetek stanowi maksymalnie może dziesięć procent, a Rosjan ponad pięćdziesiąt.

Czy prawdą jest, że Litwini nienawidzą Rosjan?

Bardziej Polaków (śmiech). Wynika to z tego, że Rosjanie wiedzą doskonale, że nie są u siebie. Zresztą oni wszędzie świetnie się asymilują, a nadal doskonale zachowują swoją kulturę oraz język. Polacy [na Litwie] nie dość, że czasem bardzo słabo mówią po polsku i nie wiedzą nic o swojej ojczyźnie, nie chcą się dostosowywać. Uważają teren Litwy za swój, na co Litwini mówią: „Dobra, czujcie się jak u siebie, ale miejcie szacunek do nas jako do właścicieli tego kraju”. Polacy nie chcą uczyć się litewskiego, żądają coraz większej liczby polskich szkół, nierzadko łamią prawo. Kiedy to wszystko się uzbiera, trudno jest dobrze myśleć o was jako o przyjaznym narodzie. Chociaż prawdą jest fakt, że to, co dzieje się teraz, jest również wynikiem wydarzeń z przeszłości. Pamiętam jak było, jak każda szkoła walczyła o każdego ucznia, byle tylko nie poszedł do szkoły litewskiej. To było okropne! Nigdy nie popierałam działań Polaków tam, gdzie się urodziłam. 

Co się więc stało, że teraz jesteś w Polsce?

Miałam osiemnaście lat. Bardzo chciałam się wyprowadzić jak najdalej od domu, bo już wtedy miałam zły kontakt z rodzicami. Poza tym, tam młodzi ludzie czują dużą chęć usamodzielnienia się. Miałam dobrą okazję – zaproponowano mi stypendium, a konkretnie 800 złotych co miesiąc i wybrane studia w Polsce. To była oferta jedynie dla młodzieży z polskimi korzeniami. Trzeba było tylko dostać się na kierunek. Marzyłam o tym, aby mi się udało. Pamiętam, że w konsulacie w Wilnie odbywał się konkurs, przyjechali prawie wszyscy z polskich szkół. Chciałam iść na socjologię, podobnie jak dziesiątki innych osób. Okazało się, że nie ma miejsc, a jeśli już, to dla niezwykle wybitnych uczniów, a ja uczyłam się po prostu dobrze. Gdy więc dostałam się do drugiego etapu [rekrutacji], zaproponowano mi pedagogikę. Czułam, że to moja jedyna szansa, więc uznałam, że przecież bycie pedagogiem też jest fajne (śmiech). Ostatecznie się dostałam. Oznajmiłam rodzicom, że wyjeżdżam. I po wakacjach, z jedną walizką w ręku, opuściłam Litwę, by zacząć nowe życie. Nie miałam żadnych obaw.

Jak zareagowała twoja rodzina?

Mój ojciec – nauczyciel i pracoholik – był bardzo dumny. Matka się wściekła. Możliwe, że do dzisiaj nie może mi tego wybaczyć. Ale nie przeszkadza mi to, mój dom jest teraz tutaj (śmiech).

Czyli przywiązałaś się do Polski?

Przywiązałam się do Torunia. To śmieszne, bo gdy usłyszałam, że będę studiować właśnie tutaj, byłam załamana. Przepłakałam kilka nocy (śmiech). Znałam tylko największe miasta, więc uważałam Toruń zwykłą dziurę. Ale moja opinia zmieniła się, kiedy tylko tutaj trafiłam. Od razu się zakochałam. Miałam sporo problemów z językiem polskim. Zanim tu przyjechałam, znałam go prawie tak dobrze jak rosyjski, jednak jedyny kontakt z nim miałam dzięki literaturze. Czytałam dużo Żeromskiego, Sienkiewicza, czasem Prusa, ale to nie wystarczyło. Zabrakło mi potoczności! Przez kilka dobrych miesięcy nie rozumiałam Polaków wokół mnie, nie mogłam przecież im kazać mówić literacką polszczyzną (śmiech). Kiedy moje koleżanki spotykały się z „gościami”, ja dziwiłam się, czemu mówią tak o osobach, które nie przychodzą ich odwiedzić. Było mnóstwo takich sytuacji, również kalek językowych z mojej strony, ale wszyscy starali mi się pomóc.

Zauważyłaś znaczące różnice pomiędzy Polakami i Litwinami?

Tak, mnóstwo. Przede wszystkim, ludzie tutaj się uśmiechają. Uważacie się za naród smutny, ale poza tym, że narzekacie, dużo w was pogody, zwłaszcza kiedy porówna się Polaka do Litwina, a już w ogóle do Rosjanina! U nas rzadko mówi się nawet „przepraszam”, być może dlatego, że nie wypada nam wybuchać i kumulujemy irytację w sobie, nie pozostawiając miejsca na pozytywną energię, zwykłą serdeczność. Polacy różnią się od nas nawet w wyglądzie. Inaczej się ubieracie, malujecie, mam wrażenie, że macie więcej odwagi, a młodzież – dystansu do siebie. Młodzi ludzie na Litwie żyją zupełnie inaczej, nie robią tych samych rzeczy, co wy, a jeśli już, to pewnie w inny sposób. Są oczywiście prozachodni, znają angielski, ale nie mają takiej świadomości jak wy. Spotkałam nastolatków, którzy nie kojarzyli, że na Litwie istniał Związek Radziecki. Nie znają w ogóle historii, kultury, obyczajów. To chyba wynika z obojętności, a obojętność z luzu, jaki daje się dzieciakom w szkole, co być może ma stanowić kontrast dla surowego szkolnictwa CCCP. Co jeszcze zaskoczyło mnie w Polsce, to sposób w jaki podchodzicie do Bożego Narodzenia. Przygotowujecie tyle jedzenia, szykujecie mnóstwo prezentów, spędzacie czas z przyjaciółmi… po prostu „fantastyka”! U nas trudno zjednoczyć tyle różnych kultur podczas chrześcijańskiego święta, zwłaszcza że jeszcze dwadzieścia lat temu rząd rosyjski szerzył ideologię вешать попув (czyt. wieszać papów – pol. „wieszać popów”). Choć teraz to powoli się zmienia, najważniejszym świętem roku pozostaje dla nas Nowy Rok, który właściwie obchodzi się dwa tygodnie. Zaczynamy ostatniego dnia grudnia, świętujemy zgodnie z każdą strefą czasową od Kaliningradu aż po Kamczatkę. Później odwiedzamy sąsiadów, rodzinę i przyjaciół, aż do juliańskiego Nowego Roku, czyli 14 stycznia  To jedna z cudownych rzeczy, które pozostały po Związku. Niestety nie udaje się zaszczepić tej tradycji w Polakach (śmiech).

Mimo wszystko, mam nadzieję, że będziesz świetnie się bawić zarówno w święta, jak i w Sylwestra.

Dziękuję! Na pewno tak będzie! Wiesz dlaczego? Moja historia nauczyła mnie czerpać z każdej kultury to, co najlepsze oraz unikać tego, co mi się nie podoba. 

Piękne jest to, co mówisz. 

Musisz pamiętać, że sami tworzymy swoją tożsamość. Pochodzenie, obywatelstwo, granice… one nie mogą ustalać, kim jesteśmy. 

Cпасибо за разговор (czyt. spasiba za razgawor – pol. „Dziękuję za rozmowę”), Ana.

Не за что (czyt. nje za czto – pol. „Nie ma za co”).

 

 

Rozmawiała Monika K. Kwiatkowska

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *