HAŁAS. Reportaż.

 

0

Sobota, ponury zimowy wieczór. Płatki śniegu wpadają do półlitrowej butelki wódki, mgła miesza się z dymem spalanej marihuany. Podążam w stronę bunkru z czerwonej cegły. Dostrzegam nieliczne światła, rozpoznaję radosny chichot sprzed klubu. Nie słyszę jeszcze muzyki, za to silnie ją czuję – ziemia pod moimi stopami drży w rytmie najniższych brzmień i powoli synchronizuje się z biciem mojego serca.

Idę na techno.  

Czerwone światła migają równomiernie, pozostawiając cały świat w półmroku. Mimo to, wszystko widzę. Palące się papierosy, butelki schowane pod kurtkami, najstarsze modele butów sportowych, czarne bluzy z kapturami, neonowe farby na ścianach, małe plany krwi na podłodze, obnażoną skórę (która w ultrafioletowym świetle nabiera błękitnego odcienia), pusty, odczłowieczony wzrok i szerokie, niewymuszone uśmiechy.

Gdy tylko przepchnę się przez tłum ludzi w amoku wyginających się w rytm muzyki, dźwięki przejmują nade mną kontrolę wprowadzając w błogą beztroskę i nieznane wcześniej zapomnienie. W żyłach zaczyna płynąć adrenalina wymieszana z endorfinami. Elektroniczne katharsis, którego nie mogę do niczego porównać. Swoista transcendencja, często wzmacniania używkami. Wielu jednak przyznaje, że techno jest narkotykiem samym w sobie. 

 Jakie są efekty jego zażycia? Mówili mi, że niekontrolowany taniec w białym świetle stroboskopu,  uczucie przyspieszonego czasu, przyjaźnie na całe życie i nieskażona codziennością radość. Ale mówili też, że utrata kontroli nad życiem oraz poczucia świadomości, odrealnienie, alienacja, zagubienie. Niezależnie od skutków, rave silnie uzależnia. Zazwyczaj już po pierwszym zażyciu. A to dlatego, że jest jednocześnie pytaniem i odpowiedzią.

 I

 „Jaka epoka, taki bal.”

Te słowa padają z ust naćpanego Białorusina, który uczy mnie rosyjskiego w przerwie na papierosa w trakcie undergroundowej imprezy w centrum Warszawy. Jego głos starają się zagłuszyć ostre dźwięki hardcore’u, jednak wszystko, co chce powiedzieć, i tak widać w inteligentnych przekrwionych oczach. 

Nie sposób trafniej opisać zjawisko rave’u. To szaleństwo, ucieczka oraz beztroska. Wrota prowadzące jednocześnie do nieba i piekła. Zwłaszcza tutaj, na wschodzie, gdzie bawimy się zupełnie inaczej niż tam, skąd przyszło techno, czyli z anglosaskiego zachodu. 

Pierwsi byli angielscy beatnicy w latach 60., którzy swoje nielegalne, znarkotyzowane zgromadzenia uprawiali w atmosferze artystycznej bohemy. Później, dzięki ewolucji muzyki elektronicznej, którą zapoczątkowała Nowa Fala lat 80., scena techno zrodziła dzikie całonocne imprezy na obrzeżach Chicago oraz Nowego Jorku. Niedługo trzeba było czekać, aby rave’y dotarły na Stary Kontynent, gdzie przyjęły nowe, unikalne twarze. W Holandii i Niemczech wyewoluował na tyle silny ruch, by na zawsze ukształtować tamtejszą muzykę oraz kulturę masowych imprez.

Wpływy te nie miały jednak szansy przedostać się przez Żelazną Kurtynę. Mimo że techno z zasady powinno być apolityczne, komunistyczne rządy krajów na wschodzie Europy nie pozwalały na manifestowanie nowych trendów w imprezowaniu. Nie ma co się dziwić, rave’y od początku były trudne do skontrolowania – muzyka na nowym poziomie głośności, popularność MDMA (ekstazy), a przede wszystkim tłum młodych ludzi z silnym poczuciem wolności, gotowych zrobić wszystko, by móc tańczyć dalej.

Po roku 1989, rave zaistniał w Polsce bardzo znikomo, bardziej jako zjawisko wizualne na festiwalach w postaci oryginalnych i niekonwencjonalnych strojów muzyków popowych czy niektórych imprezowiczów chcących zaistnieć w tłumie. Świeżość zachodniej mody przyjmowała się powoli, aby w końcu zakorzenić się w młodzieżowej kulturze dopiero niedawno, a mianowicie w drugiej dekadzie XXI wieku. 

Tutejsze techno zostało ukształtowane przez postkomunistyczną rzeczywistość, wschodnioeuropejskie tradycje i preferencje, a nawet styl zabawy – radosny, nieokiełznany, zalany wódką. Gdy gatunek dojrzał na tyle, by można było zacząć mówić o polskiej scenie, zaczęły pojawiać się imprezy, które z czasem rosły i rosły, aż w końcu zostały nazwane rave’ami, lecz nadal nieoficjalnie.

„Słuchaliśmy muzyki z zachodu, zwłaszcza frenchcore’u i brytyjskiego acid techno”, mówi DJ 13 z toruńskiego Tekno Kolektyw. „W tamtym czasie zrobilibyśmy wszystko dla nowych płyt winylowych. Inspirowaliśmy się tym, ale jednocześnie chcieliśmy stworzyć coś nowego. Nagrywaliśmy przede wszystkim dla zabawy. Dopiero gdy zauważyliśmy zainteresowanie naszą muzyką dostrzegliśmy, że możemy zrobić coś na serio.” 

Na początku polscy didżeje identyfikowani byli z buntownikami. Widywano ich w punkowych klubach. Muzykę tworzyli na najtańszym sprzęcie, nielegalnie pobranych programach, nie mieli opracowanego wizerunku i nieśmiało dzielili się tym, co stworzyli. Właściciele lokali woleli organizować koncerty metalowe niż imprezy techno. Nie trwało to jednak dłużej niż kilka lat, by muzyka elektroniczna zastąpiła rockowe brzmienia.

„W pewnym momencie pustki zostały zastąpione przez tłumy. Ludzie przestali mieścić się w lokalach. Przychodzili potańczyć. Tańczyli tak i tańczyli dopóki nie nastał świt, a my odchodziliśmy od konsolety. Wydaje mi się, że wszyscy przychodzili po prostu odreagować.”

W związku z zapotrzebowaniem i modą, jaka nastała, polska scena techno rozkwitała coraz bardziej. Słyszalne były silnie wpływy niemieckich didżejów, angielskiego acid techno, później muzyka stawała się bardziej wyrazista, ostrzejsza, a nawet brutalna, by w 2012 roku nastał przełom na światową skalę.  

 

II

„Mało osób wie, że to Słowianie są bogami techno”, kontynuuje Białorusin, popijając taniego energetyka. „Tacy… powiedzmy, Amerykanie – oni nigdy nie wymyśliliby hardbassu”. 

Muzyka elektroniczna nasiąkła szaleństwem, a w niektórych przypadkach nawet gniewem. Niemieckie techno zaczęło brzmieć zbyt poważnie, holenderski gabber był trochę „na siłę”, frenchcore stał się za ciężki. Pokolenie Z, a nawet jeszcze Y, potrzebowało dźwięków beztroskich, radosnych, a jednocześnie takich, które pozwolą im zapomnieć o codzienności. Dlatego właśnie powstał tutejszy hardcore. Gatunek ten nazwano polcorem, lecz częściej mówi się… że idzie się po prostu „na rave’a”.  

Muzyka jest silnie inspirowana zrodzonym wcześniej hardbassem, czyli agresywną, lecz również dość radosną falą techno powstałą w Rosji – powstałą jednak nie w Moskwie czy Petersburgu, a w zaciszu ubogich postsowieckich wsi. „Może gdy brakuje perspektyw, trzeba nawalić się i iść potańczyć. Dlatego ciągle imprezujemy”, ciągnie Białorusin.  

Czy można więc stwierdzić, że ustrój ma wpływ na tendencje imprezowania młodzieży? Gdy pytam o to didżeja 13, odpowiada: „Techno musi być bezstronne, apolityczne. Nie wydaje mi się, aby polityka miała jakikolwiek wpływ na popularność tej muzyki w Polsce, poza tym, że młodzież jest zmęczona tym co dzieje się w kraju, a przede wszystkim nie ma absolutnie żadnych autorytetów – dlatego chętnie wszystko wyśmiewa i nie zawaha się złamać prawa.” Gdy wypowiada te słowa, zauważam namalowany czerwonym sprayem symbol anarchii na jednej ścian bunkru, w którym siedzimy, a który służy Techno Kolektywowi jako miejsce prób.  

Wschodnioeuropejskie rave’y wydają się ironiczne, prześmiewcze. Ogłoszenia o imprezach pisane są z błędami ortograficznymi. Teksty utworów, jeśli w ogóle można je usłyszeć, są wulgarne, obraźliwe, ale nadal pozostają lekkie. Nazwy kolektywów (np. polskie Wixapol S.A.1 i Rombanka Soundsystem, rosyjska Cкотобойня2 czy ukraiński Poor but cool3) nie mogą równać się z niczym innym.

Wstęp na najdroższą imprezę kosztuje 20 złotych. Wydarzenia ogłaszane są tylko na Facebooku, aby, jak mówi didżej Body Jarre, „nie przypałętał się nikt poważny i nieobeznany w temacie”.

Uczestnicy imprez często stylizują się na klasycznych rejwowców z lat 90., ubierają niemodne ortaliony, dresy adidasa, wąskie okulary z kolorowymi szkłami, zakładają srebrne łańcuchy na szyję. Nie brakuje motywów charakterystycznej odzieży łysych „dresów” z komunistycznych blokowisk. Trend stał się na tyle popularny, że zainspirował projektantów high fashion – streetwear zaistniał na najdroższych wybiegach. Projekty Goshy Rubchiskyiego inspirowane modą młodych ludzi jeszcze z czasów komunizmu, nie kosztują mniej niż kilka tysięcy dolarów. Polska marka MISBHV (Misbehave) stworzyła kolekcję o nazwie Rave na jesień i zimę 2016, a ubrania łudząco przypominają te sprzed niemal 30 lat. 

Kamil w koszulce Slayera mówi: „Może nie jestem największym rejwowcem w tym mieście, ale sporo widziałem. To, co się tutaj dzieje, bardzo weryfikuje ludzi. Muzyka zamiast bomb, ciekawe doświadczenie”.

 Szybko przekonałam się, że środowisko rave’u jest jednocześnie hermetyczne i bardzo otwarte na nowe osoby. Podobno każdy, kto raz przyjdzie na imprezę, wraca na nią choć raz. Co jest tak niezwykłego w agresywnej muzyce i ciemnych, obskurnych klubach?

„Jest coś takiego… Gdy słyszysz rave, przestajesz czuć ograniczenia”, mówi Przemek z Torunia, którego spotkałam, gdy zapytał, czy może przymierzyć moją czapkę. Opowiada mi: „Zanim poznałem moją dziewczynę, pocałowałem ją. No, po prostu, ››przelizałem‹‹ ją na imprezie, kiedy leciał jakiś remix The Prodigy. Później dopiero zagadałem, wziąłem numer. Ale, kurde, laska jest miłością mojego życia, niczego w życiu nie byłem tak pewien”.  

Parkiet staje się dla młodych ludzi sensem każdej piątkowej i sobotniej nocy. „Teleport do innego świata. Tak nazwę rave’y. I w tym innym świecie poznaję zarówno siebie, jak i wielu wspaniałych ludzi. Są to przede wszystkim ludzie zagubieni, może czasem szukający ucieczki od problemów czy codzienności, ale są też tacy, którzy po prostu lubią się bawić”, otwiera się przede mną Tomek. Podparty o mur najbardziej undergroundowego klubu w mieście, który aż trzęsie się od basów, pokazuje mi na smartfonie zdjęcia swoich przyjaciół. „Tańcząc, wyrzucam całą swoją złą energię. I chociaż mówi się, że techno zbiera swoje żniwa, ratuje też wiele dusz”.

Trzeba pamiętać, że rave już dawno przestał być tyć muzyką – to jedyna subkultura, która wygrała z globalizacją i pokonała każdy internetowy ruch. To jedyne zjawisko, które, choć mocno inspirowane tym, co działo się w latach 90., ma szansę stać się pokoleniowym przeżyciem nie do powtórzenia.  

 

III

Willa niedaleko centrum Sopotu. Z nielicznych okien widać niebiesko-czerwone i stroboskopowe światła. Na każdym z trzech pięter ludzie tańczą do innej muzyki, poruszają się w innym tempie. Gdy znajduję się na drugim, słyszę klasyczne, niemieckie techno. 

Wsiąkam powoli w tłum przejmując jego rytm. Nie jestem w stanie dostrzec niczyjej twarzy. Każdy zamknął się w sobie, myślę. W rzeczywistości, każdy zdążył się otworzyć.  

 Szymon, wysoki szczupły chłopak z tatuażami na szyi i tunelami o sporej średnicy w uszach, łapie mnie za ramię. „Czego szukasz?” pyta, a ja odpowiadam, że obserwuję. „Tych ludzi tu nie ma. Są w innym świecie”. Przyjrzałam się jeszcze dokładniej obliczom wokół mnie, ale on przyciąga mnie do siebie. „Nie znajdziesz tu nikogo. Zauważ, że nikt nic tutaj nie pije. Jak myślisz, dlaczego?”. Uśmiechnął się i popił piwo.  

Dominika opowiedziała mi, jak dobrać narkotyk do podgatunku techno. Mefedron do hardcore’u, feta do breakcore’u, ekstaza do gabbera, trawa do transu. Wszystko po to, by wzmocnić efekt muzyki. Gdy pytam po co, dostaję „Dlaczego nie”.  

 „Czasami bierzesz, żeby zapomnieć i mieć mocną fazę. Czasami, żeby podróżować, przeżyć jakieś uniesienia czy co ci przyjdzie do głowy. No ale, wiesz, można brać żeby po prostu nie spać całą noc, a następnego dnia wziąć szybki prysznic i iść do pracy”.

Popularność narkotyków na rave’ach owiewa je niesławą. Choć w większości miejsc, w których urządzane są imprezy, wprowadzono restrykcyjną i dość groźnie wyglądającą ochronę, wszyscy wiedzą, że nawet w Berghain4 można ćpać kokainę w kiblu, a w Cxemie5 wąchać amfę z rękawa. Aby pozostać czystym, potrzeba niestety nie tylko rozsądku, ale także niezwykle silnej woli i ostrożności. Dla dealerów imprezy techno stanowią możliwość dobrego zarobku oraz punkt wymiany towarów. A im bardziej prestiżowy rave, tym większy wybór oferowanych towarów.

„Monika, co brałaś?”, pyta mnie przez cały wieczór Białorusin. „Nie wierzę ci, nie można być przychodzić na takie wjeczerynki na trzeźwo”.  

Podobno są utwory, które opisują narkotykowe tripy tak dokładnie, że można je poczuć na trzeźwo. Słyszałam nawet, że niektóre mixtape’y mają ukryte dźwięki, możliwe do usłyszenia tylko po zażyciu substancji psychoaktywnych.   „Narkotyki są nieodłączną częścią kultury techno. Żaden ruch Straight Edge tu nie przetrwa. A już ci mówię dlaczego – ta muzyka to zwykły hałas. Jak inaczej byś to nazwała? Ale gdy coś weźmiesz, hałas zmienia się w drzwi do raju”, śmieje się Szymon. Wiem jednak, że mówi całkowicie poważnie.

 

IV

Z wieloma pytaniami rozpoczęłam pisanie, ale nie dostałam odpowiedzi na żadne z nich. A przynajmniej nie odpowiedzi na poziomie świadomości.  

Wszystkie te odpowiedzi pozostają raczej gdzieś głębiej we mnie. Chowają się za dziesiątkami twarzy ludzi, których poznałam i którzy otworzyli się przede mną jak przed starym przyjacielem. Przesłania je historia techno, której nie jestem w stanie przeanalizować. Jest zbyt wcześnie, by ocenić, skąd wziął się współczesny rave oraz na czym opiera się ideologia współczesnych wielbicieli tej agresywnej muzyki. Oni sami nie wiedzą. Oni nie muszą wiedzieć.

Widziałam miłość, widziałam upadek, widziałam radość i widziałam obłęd. Widziałam namiętnie całujących się kochanków, krwawe bójki pod klubem, zubożałych narkomanów, płaczących ze wzruszenia didżejów, ludzi z połamanymi kośćmi, którzy nie przestawali tańczyć dopóki nie zemdleli z bólu. Widziałam wszystko, co można zobaczyć na imprezie. Trochę za dużo, lecz wciąż za mało.

Poniosłam porażkę w świadomym rozłożeniu zjawiska na czynniki pierwsze i w jego chłodnej ocenie. Jego uczestnicy cieszą się, że pozostają w cieniu, mimo to byli pozytywnie zaskoczeni, gdy tłumaczyłam, dlaczego i w jakim celu badam to zjawisko. Stali się dla mnie jednorazowymi przyjaciółmi, jakby duchami, którzy znikają po zakończeniu imprezy.  

Byłam na kilkudziesięciu rave’ach w kilku polskich miastach, lecz zdołałam wyciągnąć tylko jeden wniosek – każde z tych imprez przemienia się w życie, by o świcie stać się jedynie wspomnieniem.

 

Przyjaciel Białorusina, Rosjanin z Kaliningradu, miał na sobie czarny płaszcz do kostek i lakierowane buty. Palił papierosa obserwując mnie przy tym uważnie. W końcu przerwał wywód swojego kolegi i zaczął mówić, a każde jego słowo zmiękczone było przez silny rosyjski akcent:

„Techno to demon. Raz jest, a później znika bez śladu. Daje ci rozkosz, ale może cię zabić. Techno to demon, który zagłuszy każdy krzyk”.  


1 Wiksa – slang młodzieżowy: impreza

2 Cкотобойня (czyt. skotobojnja) (ros.) – rzeźnia 

3 Poor but cool (ang.) – biedny, ale fajny

4 Berghain – według wielu źródeł największy i najbardziej elitarny klub techno znajdujący się w Berlinie

5 Cxema – największy nielegalny, a jednocześnie najbardziej prestiżowy rave w Europie Wschodniej, odbywający się w Kijowe 

2 comments on “HAŁAS. Reportaż.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *